- domu. Musisz coś zobaczyć.
Przyjechał następnego dnia, po pracy, jeszcze w roboczej kurtce z logo warsztatu. Stanął w kuchni i rozglądał się, jakby ktoś przestawił mu meble, chociaż nic się nie zmieniło – ta sama cerata w kratkę, ten sam zegar nad drzwiami, kalendarz z apteki zatrzymany na sierpniu. Postawiłam przed nim puszkę.
Zdjął wieczko i zamarł. Wziął do ręki pierwszą kopertę, obrócił ją. Palce mu drżały. Ten sam człowiek, który przy notariuszce trzaskał krzesłem, teraz nie umiał rozerwać papieru.
- Wysyłałem co roku – powiedział w końcu. – Myślałem, że wyrzuca. Nie dzwoniła, to myślałem… – Urwał. – Nie otworzyła ani jednej.
- Ale żadnej nie wyrzuciła.
Spojrzał na mnie. Pierwszy raz od dziesięciu lat spojrzał na mnie bez złości.
- Ona mnie nigdy nie przytuliła, wiesz? Jak byłem mały. Ojciec pił, ona na trzy zmiany, a ja sam z kluczem na szyi. Myślałem, że jak będę miał własne życie, to przestanie mnie to obchodzić. A potem