a sernik lubiła tylko mój, bez rodzynek.
Dwa tygodnie po notariuszu pojechałam do Pabianic posprzątać. Długo stałam przed furtką. Dom był ten sam – niski, z zielonym daszkiem nad gankiem, z firanką, którą sama prałam w kwietniu – ale pierwszy raz nikt na mnie nie czekał.
W szafie na pościel, pod prześcieradłami pachnącymi lawendą, znalazłam blaszaną puszkę po wawelskich czekoladkach. Myślałam, że guziki. Zosia trzymała guziki we wszystkim.
W środku leżało dziewięć kopert. Ułożonych równo, jedna na drugiej. Na każdej to samo pismo, pochyłe, trochę niechlujne – pismo, które znałam z listy zakupów przyczepianej magnesem do lodówki przez dwadzieścia siedem lat małżeństwa. Stemple z Łodzi. Każdy z marca. Od dwa tysiące osiemnastego do tego roku.
Żadna nie była otwarta.
Usiadłam na podłodze przy szafie i trzymałam tę puszkę na kolanach chyba z godzinę. Potem zadzwoniłam do Darka. Odebrał po szóstym sygnale.
- Czego? Mam zrzec się zachowku na piśmie?
- Przyjedź do mamy. Znaczy… do