Po rozwodzie dalej co niedzielę jeździłam do teściowej do Pabianic – syn nie zajrzał do niej przez dziewięć lat. Teściowa zmarła w sierpniu. U notariusza były mąż usłyszał, że dom dostaje była synowa, “bo ona jedna pamiętała o moich urodzinach”

a sernik lubiła tylko mój, bez rodzynek.

Dwa tygodnie po notariuszu pojechałam do Pabianic posprzątać. Długo stałam przed furtką. Dom był ten sam – niski, z zielonym daszkiem nad gankiem, z firanką, którą sama prałam w kwietniu – ale pierwszy raz nikt na mnie nie czekał.

W szafie na pościel, pod prześcieradłami pachnącymi lawendą, znalazłam blaszaną puszkę po wawelskich czekoladkach. Myślałam, że guziki. Zosia trzymała guziki we wszystkim.

W środku leżało dziewięć kopert. Ułożonych równo, jedna na drugiej. Na każdej to samo pismo, pochyłe, trochę niechlujne – pismo, które znałam z listy zakupów przyczepianej magnesem do lodówki przez dwadzieścia siedem lat małżeństwa. Stemple z Łodzi. Każdy z marca. Od dwa tysiące osiemnastego do tego roku.

Żadna nie była otwarta.

Usiadłam na podłodze przy szafie i trzymałam tę puszkę na kolanach chyba z godzinę. Potem zadzwoniłam do Darka. Odebrał po szóstym sygnale.

  • Czego? Mam zrzec się zachowku na piśmie?
  • Przyjedź do mamy. Znaczy… do