Po rozwodzie dalej co niedzielę jeździłam do teściowej do Pabianic – syn nie zajrzał do niej przez dziewięć lat. Teściowa zmarła w sierpniu. U notariusza były mąż usłyszał, że dom dostaje była synowa, “bo ona jedna pamiętała o moich urodzinach”

przegródkami na cały tydzień, sprawdzałam ciśnienie. Ona gotowała, ja zmywałam. Czasem nie rozmawiałyśmy prawie wcale. Wystarczyło, że ktoś siedział przy stole.

Darek przyjeżdżał jeszcze przez rok. Do Wielkanocy dwa tysiące siedemnastego. Przywiózł wtedy Beatę – pierwszy raz. Zosia stanęła w drzwiach w fartuchu i powiedziała, że “pani może poczekać w samochodzie”. Nie wiem, co jeszcze padło, bo mnie wtedy nie było. Wiem tylko, że to była ostatnia wizyta syna w tym domu.

Przez pierwsze lata Zosia pytała co niedzielę, od progu:

  • Darek dzwonił?
  • Nie, mamo.

Potem przestała pytać. I to było gorsze niż pytanie.

Czasem miałam wyrzuty sumienia. Że jestem między nimi jak zadra. Że gdybym przestała jeździć, może by się dogadali, bo nie mieliby kogo stawiać za przykład. Ola, moja córka, mówiła przez telefon z Wrocławia: “Mama, ty jesteś nienormalna. Ale babcia bez ciebie by zdziadziała.” I jeździłam dalej. Czternastego marca zawsze z sernikiem, bo w marcu wypadały jej urodziny,