Po rozwodzie dalej co niedzielę jeździłam do teściowej do Pabianic – syn nie zajrzał do niej przez dziewięć lat. Teściowa zmarła w sierpniu. U notariusza były mąż usłyszał, że dom dostaje była synowa, “bo ona jedna pamiętała o moich urodzinach”

i zapytała, czy umiem lepić pierogi. Nie umiałam. Nauczyła mnie.

Moja mama zmarła, kiedy miałam dwadzieścia dwa lata. Może dlatego tak łatwo przylgnęłam do Zosi, chociaż łatwa nie była. Twarda, oszczędna w słowach, przez trzydzieści lat na zmianach w zakładach bawełnianych. Czułości nie okazywała. Okazywała co innego – słoik bigosu wciśnięty do torby, sweter zrobiony na drutach dla Oli, telefon w środku nocy, kiedy mała miała gorączkę: “Lucynka, daj jej pić, nie przegrzewaj”.

Kiedy dziesięć lat temu Darek wyprowadził się do Beaty, myślałam, że z Pabianicami koniec. Pierwsza niedziela po rozwodzie, siedziałam w swoim mieszkaniu na Retkini i nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Telefon zadzwonił o jedenastej.

  • No i co, Lucynka? Rosół stygnie.
  • Mamo, przecież… my z Darkiem…
  • Ty się rozwiodłaś z Darkiem, nie ze mną. Przyjeżdżaj.

     

Pojechałam. I jeździłam potem przez dziewięć lat, prawie w każdą niedzielę. Pracuję w aptece, więc przywoziłam jej leki, rozkładałam tabletki do pudełka z