- mnie. – Gratuluję, Lucyna. Dziewięć lat jeżdżenia z sernikiem. Opłaciło się.
Nie odpowiedziałam. Co miałam powiedzieć? Że nie wiedziałam? Bo nie wiedziałam. Mama Zosia – tak do niej mówiłam przez trzydzieści lat i po rozwodzie nie umiałam się przestawić na “pani Zofio” – ani razu nie wspomniała o testamencie. Mówiła o rosole, o sąsiadce, która znowu przycięła tuje za nisko, o tym, że w telewizji same kłótnie. O notariuszu ani słowa.
Darek wyszedł bez pożegnania. Notariuszka odczekała, aż drzwi przestaną drgać, i wyjaśniła mi cicho, że syn ma prawo do zachowku, że to połowa tego, co by dostał bez testamentu, i że powinnam się z tym liczyć. Kiwałam głową. Słyszałam co drugie słowo.
W tramwaju do Łodzi ściskałam w kieszeni klucze do domu teściowej. Miałam je od zawsze. Dostałam je jeszcze jako narzeczona, w osiemdziesiątym dziewiątym, kiedy Darek przywiózł mnie pierwszy raz do Pabianic, a jego matka obejrzała mnie od stóp do głów