Chloe podeszła bliżej; w powietrzu między nami unosił się ciężki, kosztowny zapach jej perfum.
Omiotła mnie wzrokiem, jakby oglądała jakąś plamę.
– To nie jest zwykła sukienka, kochana. To katastrofa. Sama
ją uszyłaś? Bo to by wiele wyjaśniało.
– Uszyła ją moja babcia – powiedziałam cicho.
– Ojej. – Chloe przyłożyła dłoń do piersi w geście udawanego współczucia. – To takie słodkie. I takie smutne.
– To katastrofa.
Jej koleżanki zachichotały.
Spojrzałam ponad nią, w stronę drzwi, kalkulując, ile kroków dzieli mnie od ucieczki.
Ale wyjście stąd oznaczałoby przyznanie im racji.
Wyjście oznaczałoby konieczność powiedzenia babci Evelyn –